Burza

Dziennik Gwiezdny 31.189M41

Tar Garos PrimeTar Garos. To miano od dawna niewiele znaczyło w konstelacjach wysoko urodzonych rodów i jeszcze mniej pośród Wolnych Kupców. Posiadanie Glejtu Imperatora to nobilitacja, ale jak wielu przed wiekami, tak teraz Tar Garosi odczuli na swojej skórze, że papier to nie wszystko. Daje on władzę, daje możliwości i daje szanse, ale jeśli nikt i nic z nim nie robi to owo „dawanie” topnieje jak śnieg na Denebie II. Serge Tag Garos myślał o tym wszystkim w zaciszu swoich komnat i naprawdę chciał coś zrobić. Prawie sześćdziesiąt lat na karku nie czyniły tych myśli łatwymi a zamglony wzrok nie dostrzegał już tak łatwo gwiazd rozciągniętych na wieczornym niebie Garos Prime. W pokoju obok odpoczywała jego żona – Soli – którą poznał ponad trzydzieści lat temu. Nie wiedział jeszcze wtedy, że brzemię wieków i kondycji rodu spadnie na niego po takim czasie. Ich jedyny syn – Atilla – miał to wszystko przejąć po nim, ale nie chciał go skazywać w tak młodym wieku na dźwiganie takiej odpowiedzialności.
Jednak przy kolejnych wieczorach i kolejnych pustych wypatrywaniach nocnego nieba stawało się dla przedostatniego z Tar Garosów, że coś trzeba zrobić. Otrzymał dziś ostatnie raporty z kopalń oraz farm hydroponicznych. Zyski były, ale wystarczyły na pokrycie własnego zużycia i tylko niewielki ich procent można było importować do Imperium. Throngi płynęły strumykiem, który powoli acz systematycznie usychał. Nikt nie chciał dorzucić się do poszerzania koryta a on sam nie miał już na to sił. Sprawdzał w herbarzach i zapiskach kronikarskich jakiśkolwiek wzmianek o innych Tar Garosach, ale poprzestał na kilku mało pochlebnych wpisach. Szczególnie jeden z nich – Torian – pogrążył z kretesem rodzinę czyniąc z nią margines społeczny i socjalny. Nikt nie chciał zadzierać z piratami ale i nikt nie chciał z nimi handlować albo utrzymywać kontakty. Oczywiście poza innymi wyrzutkami. Odbudowywanie reputacji po wyczynach Toriana trwało wieki. Pochłonęło to wiele istnień rodowych, wiele majętności i wymagało wielu poświęceń. Serge nie wiedział nic o skali tych poświęceń, ale z zapisów swoich przodków wnioskował, że nakłady były znaczne. Jak widział te rzędy cyferek, które oznaczały kolejne rachunki do pokrycia to aż za głowę się łapał. Eklezjarchia, Flota, nawet Administorium…. Ród był na czarnych listach niemal wszystkich władz. I to za napaść na jedną ze stacji floty.
DokiOstatnie dokumenty wskazujące na próbę wskrzeszenia świetności datowane są na trzy wieki temu. Ród rozpierzchł się po galaktyce by szukać szczęścia, zasobów i możliwości powiększenia kapitału. Wielu wybrało to co oczywiste – drapanie się w hierarchii imperialnej, instalowanie się w istniejących strukturach gildii lub układów. Niewielu wybrało drogę trudną, ale przynoszącą najwięcej profitów. Drogę, do której zostali stworzeni i którą nobilitował Glejt, który posiadają w rodzinie od pokoleń. Drogę badania nieznanego, drogę okrywania na nowo tego, czego oko ludzkie nie widziało. Wiązało się z tym oczywiście też sporo profitów – systemy gwiezdne pełne zasobów, planety zasobne w rzadkie minerały i artefakty będące poza najśmielszymi marzeniami. Tak… Serge przeglądał te wszystkie księgi i często się zastanawiał, czy byłby jeszcze do tego zdolny? Potem patrzył na wody jeziora, przechadzające się leniwie pary oraz swoją żonę. I wiedział, że nie byłby.
Jednak nadzieje się rozbudziły, czarne niebo pełne gwiazd nie było już tylko otchłanią a szansą, jaką jeszcze jego ród nie miał od dziesiątek lat. Przyszedł komunikat nadany voxem przez astropatów. Pochodził z Portu Wander i jego treść była pełna nadziej na odmianę. W jakąkolwiek stronę. Oczywiście zaraz sprawdził, gdzie Port Wander leży. Na szczęście mapy to obejmowały, ale to, co było poza nim a nazywało się Rubieżami Koronusa, już nie mieściło się na mapie. Jak przekazali mu nawigatorzy, to nie do końca tak. Po prostu ta część galaktyki jest znana najmniej i nie istnieje wiele oficjalnych map, które mają naniesione miejsca będące już na terenie Rubieży. Dla Serge to wystarczało. Teraz wieczorami zamiast historii o tym, jak to ród rósł i popadał w marazm czytał tą krótką notkę otrzymaną z głębokiego kosmosu:

„Szlachetny Tar Garos
bq). Nadaję z Portu Wander gdyż mam niezmiernie ważne informacje dotyczące Twojego przodka – Vorgena – oraz jednego z jego kapitanów – Vos Karlorna. Proszę, przybądź do Portu bym mógł przekazać ci te informacje. Spotkajmy się w Dokach Pustki, w hangarze numer 13. Będę tam na Ciebie oczekiwał. Niech fortuna ci sprzyja. Twój wierny sługa.
bq). Orbest Dray”

Przeglądał od tamtego czasu księgi i doniesienia na temat Vorgena. Nie było tego wiele, ale wystarczyło, że działał na terenie Rubieży i tam doczekał się nawet kilku statków i pewnie kilku planet. Słuch o nim zaginął, jak po wielu innych, którzy każdego dnia musieli mierzyć się z Osnową i Spaczniem. Aż ciarki go przechodzą, co też może czaić się w Pustce i co wywołuje drżenie pancerzy, szepty w ładowniach i skrobania w tarcze. Jednak był to ślad, który nie istnieje w księgach tylko jest realny – tu i teraz. Trzeba tylko się schylić i go podnieść. Tylko tyle albo aż tyle.
Serge przegadał tą sprawę z Soli a potem z Atillą. To on miał polecieć i zbadać sprawę. Zbadać do końca, by nie było wątpliwości, że Tar Garos znów się liczy i nie jest tylko jednym z rodów wymienianych na trzeciej stronie herbarza o Wolnych Kupcach. Szczególnie, że to jest ostatnia strona z tego dzieła. W Atilli jest nadzieja jego rodu i jego osobista. Każdego dnia będzie czekał na jego powrót i będzie wiedział, że jeśli wróci, to będzie to powrót człowieka, który czegoś dokonał i nie przyszedł skarżyć się tylko rzucić mu pod nogi bogactwa, sławę i nowe terytoria.
Warp Berserk na orbicieDla swojego syna dał wszystko co mógł a zaczął od statku. W stoczni stał ostatni z jego floty. Nadal grzebano w jego silnikach spaczeniowych, ale nie dano rady ich wyregulować. Statek był starszy niż ktokowielk na Garos Prime i niektórzy z iżynierów mówili, że to raczej złośliwa bestia niż zwykły statek. Mimo tego zapewniali, że jeśli jakiś statek miał przemierzyć Spaczeń w jednym kawałku to właśnie „Warp Berserk”. Dawali za to sobie rękę uciąć. Serge wierzył im. Nie miał nic równie dużego i mocnego by pomóc synowi. Załogę skompletowało się w tydzień – pozbierało z każdego statku w systemie i wcielono obsługę naziemną. Nie było łatwo, ale i ta kosmiczna fregata to nie zwykły transportowie. Zebranie ludzi znających się na tarczach i systemach obronnych też nie było łatwo, ale udało się. Oddał nawet swojego nawigatora, który ma zająć się tym by przeprowadzić ich wszystkich przez Warpa. Tyle mógł zrobić dla swojego syna. Dla niego zostało uzupełnienie załogi o doradców, sprzymierzeńców i sojuszników. W to się nie wtrącał. W końcu to on będzie ich znosił na co dzień więc muszą to być ludzie, którym ufa lub wie, czego się po nich spodziewać. Można rzec, że po miesiącu udało się przygotować wszystko do odlotu. Tego ostatniego dnia Serge siedział z Soli na tarasie. W dole miasto kładło się do snu. Znów gwiazdy wypłynęły mleczną strugą na niebo. Szukał wzrokiem Portu Wander i Rubieży, ale nie mógł ich znaleźć. Wiedział jednak, że jest tam gdzieś. I jego syn tam poleci. Czuł, że może już go więcej nie zobaczyć, ale miał też świadomość, że coś się zmienia. Coś bardzo ważnego i związanego z rodem. To przemiana, która czeka każdą gąsienicę. Z brzydkiej i odpychającej istoty przeradza się w pięknego motyla. Pogłaskał Soli po ręku. Uśmiechnęła się w odpowiedzi i w jej oczach wyczytał przyzwolenie i bezgraniczne poparcie. Wiedział, że zrobił dobrze. Miał tylko nadzieję, że Atilla też to tak pojmował, bo spoczywa na nim odpowiedzialność większa niż kiedykolwiek.

- Jak odczyty? – Atilla rzucił przez ramię w stronę reszty mostka. Warp Berserk przecinał przestrzeń jak lśniąca iskra światła. Prowadzona pewną ręką nawigatora szła prosto i w cel.
Wszystko w normie panie – głos nawigatora brzmiał sucho i bez emocji. – Zostało 160 jednostek do Portu Wander. Szacowany czas przybycia to dwie standardowe godziny. Port już dostał nasze namiary i dostaliśmy miejsce w doku. Witają nas.
- No ja myślę – burknął Wolny Kupiec Atilla, który przejął rodzinną schedę i liczył, że jego podróż nie pójdzie na marne.
Dokowanie odbyło się bez problemów. Ogrom stacji budził podziw i respekt. Choć nie niektóre planety były większe to świadomość, że to wszystko było zbudowane z plastali i stalowych konstrukcji budziło szacunek. I dawało świadomość potęgi rasy ludzkiej. Skoro potrafiła zbudować miejsce dla siebie z niczego to jest zdolna do wszystkiego.
Port WanderCałe mrowie statków otaczało Port Wander. Nieustanny ruch jednostek wywoływał dezorientację, ale nawigator pilnował wszystkiego i najwyraźniej czuł się tu dużo pewniej niż gdziekolwiek indziej. Widzieli ogromne kadłuby gwiezdnych krążowników, smukłe wrzeciona fregat i pękate cielska transportowych hulków. Pośród tego wszystkiego krążyły promy, ścigacze, drobne transportery i eskortowce. Cała potęga ludzkości skupiała się w tym jednym miejscu w przestrzeni i udowadniała, że gwiazdy nie są niedobyte.
Procedura dokująca została zakończona. Kapitan zdecydował otworzyć śluzy i utrzymać wachty. Reszta mogła iść do Portu. Z tego samego mieli skorzystać dowodzący łącznie z Atillą. Bo sam nie zamierzał nigdzie iść. Miał oddanych ludzi, którzy może i nie byli doskonali, ale coś sobą reprezentowali. Manark Tass był tak silnie związany z maszynami, że doprowadziło to niemal do pełnego zespolenia z częścią z nich. Tech-priest nie ruszał się też nigdzie bez swojego serwitora w postaci czaszki. Atilla miał podejrzenia, że Manark pociąga sobie olej, ale wypierał to ze swojej głowy jako coś, co było ponad jego wyobrażenia. Wolał widzieć w nim naukowca i niech tak zostanie. Drugim z jego bliskich współpracowników jest Praxides Minor. Czasami wykrzywiał się wymawiając jego imię. Co prawda rodzina zawdzięczała wiele Eklezjarchii, ale to nie powód by zaraz mieć tutaj jednego z nich u siebie. Serge jednak jest bardzo pobożny, a część załogi również nie stroni od jedynej słusznej wiary. Poza tym Praxides to ciekawie myślący człowiek i może się przydać w kontaktach z innymi. Lepiej mieć go po swojej stronie. Ostatnim z członków ścisłej rady dowodzącej na Warp Berserku był Tristan. Odpowiedzialny był za stan broni i stronę militarną. Odbył przeszkolenie wojskowe, był kilka miesięcy na służbie w armii imperialnej więc znał się na tym. Ktoś taki był konieczny na statku a w miejsce, do którego zmierzają a o którym jeszcze nic nie wiedzą, niemal niezbędny.

RedaWnętrze Portu nie było już takie wspaniałe. Śmierdziało olejem, środkiem do odkażania powietrza oraz ludzkim potem. Możliwe, że to kwestia Doków, ale raczej nikt nie miał wątpliwości, że lądowanie na planecie ma swoje plusy i nic nie będzie ich w stanie zastąpić. Jednak pełne wczucie się w atmosferę miejsca nie przebiegło bez zakłóceń. Delegacja zarządu Doku przywitała Tar Garosa zgodnie z należnym szacunkiem wynikającym z Glejtu. Zapewniła, że wszystko przebiegło bez zakłóceń i życzyła miłego pobytu na stacji. Dało to smak tego, czego Wolny Kupiec powinien się spodziewać w każdym miejscu, gdzie profesja Wolnego Kupca jest znana i ceniona.
Atilla nie chciał marnować czasu i od razu skierował się wraz zresztą ku hangarowi 13. Pojazd elektryczny kursujący po dokach zawiózł ich we wskazane miejsce. Pudełkowy układ hangarów nie zostawiał cienia wątpliwości, że to miejsce gdzie raczej nikogo nie należy się spodziewać. Dlatego ostrożnie otworzono rzeczony hangar i wszyscy weszli do środka. Tam projektor holograficzny przekazał im dalszą informację – mają się udać do Dworca Umarłych i tam, w sklepie nr 131 zaczekać na niego. Było to logiczne, że Orbest nie siedzi tu non stop od miesiąca i nie czeka na kogokolwiek. A do sklepów i tak mieli się udać. Atilla miał plan.
Dworzec Umarłych to zwyczajowa nazwa nadana miejscu w Porcie, gdzie zajmowano się handlem. Nikt nie mógł wyjaśnić, dlaczego akurat taka, ale wiązało się to z tym, że kiedyś tutaj było miejsce gdzie leczono budowniczych stacji. Miejsce zagospodarowano, ale pamięć została i nikt tego już nie zmienia. Rój ludzi, straganów i sklepów był duży. Wszędzie gdzieś ktoś sprzedawał lub kupował. Atilla chciał kupić trochę broni dla załogi by ją przeszkolić i dorobić się czegoś na kształt własnej armii. Broń to podstawa i co nieco udało się. Rozejrzenie się też było cenne bo ujawniło jedną cechę tego miejsca – całkowitą anonimowość by maksymalnym upublicznieniu. Nie wiadomo, czy to właśnie dlatego Orbest wybrał to miejsce. Nigdzie więcej nie byliby tak anonimowi jak tutaj i zarazem tak bezpieczni. Nikt nie ośmieli się działać przeciwko nim w takim tłumie. Nikt oficjalnie.

Sklep 121 to skład stali i przedmiotów metalowych, które tam stały w wiadrach. Pełno było tego i jeśli szukało się zębatki, przerzutki lub kawałka drutu, to można było to dostać właśnie tutaj. Właściciel – Bron – spytany o Orbesta powiedział, że przychodzi raz dziennie by zapytać się, czy Dworce Umarłychktoś był do niego. To dziwak, ale od miesiąca przychodzi jakby na kogoś czekał. Najwyraźniej czekał właśnie Atillę i jego kompanię. Trzeba było poczekać kilka godzin, ale opłaciło się. Orbest Dray pokazał się i wyglądał na starego wiarusa. Wyglądał na trochę ponad 60 lat co niekoniecznie mogło wskazywać faktyczny biologiczny wiek tego człowieka. Jego oczy nadal były żywe i pełne ciekawości. Chciwie przyglądał się wszystkim i szczerze się ucieszył, jak zobaczył rodowe oznaczenie Tar Garosów. Padł na kolana i ze łzami w oczach przywitał Atillę.
Rozmowę jednak przenieśli na plac niedaleko sklepu. Zapewniał dużo ludzi wokół i pełną anonimowość. Ostatnimi czasy Orbest nie czuł się bezpiecznie i możliwe, że jego osoba była w kręgu zainteresowania kogoś obcego.
Dziękuję za przybycie. Chciałem wreszcie by ktoś z rodu przybył a czekałem na to już bardzo, bardzo długo.
- Panie Dray – Atilla powiedział spokojnym głosem – proszę mi wierzyć, że ród bardzo docenia to, że ma tak wiernego sługę. Jestem tu po to by Tar Garos znów coś znaczył i mam nadzieję, że informacje, które posiadasz to umożliwią.
- Tak, tak…informacje – starzec rozejrzał się na boki i zadowolony kontynuował. – Musisz wiedzieć panie, że służyłem we flocie pana przodka, Vorgena Tar Garosa. Może nie wyglądam, ale tak naprawdę było. Zaciągnąłem się jako młody chłopak i pozostałem przy rodzie do samego końca. A muszę przyznać, że miałem ciężkie chwile. Zaczynałem od technika na „Testamencie Imperatora” dowodzonym przez mojego kapitana Vos Karlorna. Przemierzaliśmy wtedy Rubież w ochronie statków transportowych kiedy stała się katastrofa. Podczas wychodzenia z Warpa nie wyszła cała nasza flota. Pochłonęło wszystkie statki floty poza trzema. Moim i jeszcze dwoma korwetami. Kapitan był wściekły. Zginął statek flagowy twojego przodka, wszelkie namiary, informacje i dane. To strata, której nie da się zapełnić nawet przez 100 lat. Wiedziałem o tym, bo zajmowałem się voxem na statku i często bywałem na mostku kapitańskim. Vos Karlorn szalał. Niemal od razu ruszył na poszukiwania. Miał nadzieję, że flotę wyrzuciło gdzieś dalej. Dopiero potem dopuszczał do siebie myśl, że mogło być to dawno w czasie lub jeszcze nie nastąpiło. Jednak szukał dowodu bo bez opieki Wolnego Kupca i jego pozycji był tylko kapitanem statku, którego każdy może napaść i nikt się za nim nie wstawi. Dlatego ruszyliśmy w poszukiwania – albo funkcjonującej floty albo tego, co z niej zostało. – Orbest zwilżył usta. Przerwał na moment, ale zaraz podjął na nowo temat.
Trwało to latami. Gdzieś niedaleko rejonu Winterscale astropaci kapitana odebrali transmisję. Myślał na początku, że to sygnał ratunkowy, ale okazało się, że raczej nie. To sygnał namierzania i wskazywał na coś w odległym systemie. Jednak oznaczenie astropatyczne i znacznik, jakim się posłużono, spowodował prawdziwy szok. Kapitan kazał wszystko zapisać na kryształ a zapisy o tym spotkaniu wykasować z pamięci statku. Zapakował wszystko do pojemnika, zapieczętował i wezwał mnie. Powiedział, że jestem najmłodszy więc mam największe szanse na spotkanie kogokolwiek z rodu Tar Garosów. Mam dostarczyć ten pojemnik dla niego. Przybiliśmy wtedy do Footfalla, skąd udałem Do Footfallasię do Portu a kapitan ruszył w Rubież w poszukiwaniu Vorgena.
- Wiadomo, co to była za informacja? – Atilla spytał, bo zaczynało się to robić coraz bardziej ciekawe.
- Tak. Słyszałeś może panie o legendzie „Drogi Prawdy”?
- Nie, jestem tu od niedawna. Jeszcze nie miałem czasu na poznawanie lokalnej historii.
„Droga Prawdy” to potężny imperialny krążownik, który służył u wielkiego dowódcy floty Locarnusa Raya jeszcze za czasów krucjaty angevińskiej. Locarnus należał do kapitanów twardej ręki i podczas krucjaty nie szczędził nikogo – ani swoich ani wrogów. Łupił wszystko, zabijał wszystko i nie oglądał się na nic. Podobno dotarcie do świata zwanego Krystallian stało się jego zgubą. Przybył, zwyciężył i złupił. Skarby na planecie były tak wielkie, że swój flagowy okręt – właśnie „Drogę Prawy” – przemienił na transportowiec. Pod osłoną tamtejszej nocy przygotował jego odlot i uciekł. Nikt nie mógł go potem namierzyć i nikt go potem nie spotkał. Statek przepadł wraz z załogą i zawartością. I to właśnie o tą zawartość chodzi. Niektórzy uważają, że jest pełen majętności w kosztownościach, jeszcze inni, że zawiera artefakty obcych a jeszcze inni uważają, że ma na pokładzie tysiące genetycznie modyfikowanych wojowników, których posiadanie zapewnia pewną wygraną w niejednej bitwie.
- Czy to sygnał z „Drogi Prawdy” udało się przechwycić?
- Tak, to od nich. Tak mi powiedziano. Nie wiem, co skrywa pełny zapis, ale może ty panie się dowiesz.
- Masz to cały czas przy sobie?
- Taki dostałem rozkaz od kapitana. I wypełniam go od prawie trzydziestu lat. Niech mi Imperator błogosławi, ale tak jest – łzy zakręciły się w oku starego sługi. Wyciągnął z niewielkiego chlebaka przy pasie obły kształt, który okazał się kasetką z przyciskiem na kciuk. – Wystarczy przycisnąć.
Atilla nacisnął przycisk. Coś cicho zabrzęczało. Na niewielkim wyświetlaczu pojawił się napis „Accepted” po czym zniknął. Stalowy torus otworzył się ujawniając swoją zawartość – czarny kryształowy blok kości pamięci zwany mnemolitem. Bez pomocy astropaty lub nawigatora nie było szansy by to odczytać.
- Dobrze – Atilla rozejrzał się uważnie. – To może zrobimy tak. Wrócimy na statek i tam dowiemy się więcej. Oczywiście Orbeście idziesz z nami i stajesz się częścią załogi. Czy przyjmujesz to?
Panie – głos staruszka załamał się. – Po grób w nieznanych gwiazdach.
- Ekhem… – Manark chrząknął znacząco. – Nie chciałbym krakrać ani poganiać, ale coś właśnie zdjęło moją czaszkę. Nie odbiera już obrazu. Coś ją zablokowało. Ruszmy się do statku bo może być gorąco.
To wystarczyło. Szybko ruszyli do doków. Transporter śmigał pomiędzy wąskimi uliczkami jakby ścigał go statek orków.

MnemolitOdtworzenie wiadomości przez nawigatora nie było kłopotem. Wpakował kryształ do czytnika i uruchomił procedurę odtworzeniową. W samym krysztale nie było niespodzianek i może odczytać go każdy kto jest wyczulony na astropatię. Nawet na odległość choć to muszą robić naprawdę dobrzy osobnicy. Problemem było zamknięcie i stalowy torus, który odczytywał DNA. W przypadku złego DNA torus wybuchał. Wybuch nieodwracalnie niszczył kryształ i zarazem wiadomość. Dlatego dobrze, że nikt poza Tar Garosem nie próbował tego otworzyć.
Wiadomość była bardzo dziwna. Widać było że to przekaz mentalny i nie każdy były w stanie to odczytać. Zakodowane tam były namiary na system, który można było rozpoznać po układzie gwiazd i położeniu wzajemnym gwiazd. Oczywiście trzeba było mieć odpowiednią mapę a map Rubieży nie mieli żadnej.
- Musimy udać się po mapy – Atilla zarządził na mostku.
- Tylko tak rozpoznam, co to za system. Mam namiary i mam położenie, ale to za mało. Muszę wiedzieć, co to jest i mieć namiary nawigacyjne – Nawigator był przekonany o tym, co mówi.
Postaramy się je zdobyć. Pójdziemy do kartografa i może on coś będzie miał.
- To ja może pójdę do świątyni – rzekł Praxides. – Organizują pielgrzymki albo krucjaty w tamtej stronie to może mają mapy i będą mogli je udostępnić.
- Spróbować można choć nie wiem, czy się uda… – z powątpiewaniem kręcił głową technokapłan.
Uda się, uda. W imię Imperatora!

Faktycznie mapy udało się zdobyć. Zarówno u kartografa jak i w świątyni. Imperiali przywitali Praxidesa jak trzeba i podzielili się mapami. Co prawda nie było tam tego, co chciał, ale zawsze jakieś inne. Kto wie, gdzie ich rzuci jak będą już na Rubieży.
Statek był gotowy do lotu. Załoga zebrała się niemal w całości. Brakowało kilku ludzi co zostało uzupełnione kilkoma technikami dla Manarka oraz astropatą dla ochroni przez innymi astropatami. Dodatkowo zakupiono kamery by zwiększyć bezpieczeństwo mostka i ważnych miejsc na statku. Jakieś plotki chodziły, że ktoś niepowołany kręcił się po statku. To nie może się powtórzyć już więcej. Dodatkowo nie wróciła część załogi, ale nie zamierzano na nich czekać. I bez tego było wystarczająco dużo zmartwień. Atilla zarządził też zajęcie się szkoleniem wojskowym by mieć jakichś ochroniarzy – chociażby kilku. Bezpieczeństwo zaczęło stawać się bardzo, ale to bardzo ważne dla młodego Tar Garosa. Możliwe, że świadomość posiadania takiej informacji jak miejsce pobytu „Prawdziwej Drogi” na to wpłynęła. A może nie.
Mapa Rubieży KoronusaJedno ze zdań podczas rozmów z Drayem zapadło mu w pamięć i uporczywie się tam trzymało. Ciekawił się, dlaczego wysłał przekaz na Garos Prime. Skąd wiedział i skąd miał pieniądze na to? Wierny sługa przyznał się, że pomogła mu pewna kobieta, która interesowała się przeszłością i zbierała materiały do swojej książki. Wysłuchała wszystkiego, co ma do powiedzenia Dray i zaproponowała pomoc w jego zadaniu. Powiedziała, że może wysłać przekaz na rodzimą planetę Tar Garosów i czekać na odpowiedź. Dała na to pieniądze i ulotniła się. Cała operacja się udała, ale od tej pory Orbest nie miał lekkich dni i wisząca nad nim obawa rosła z każdym tygodniem. Przylot kogoś z rodu był jak wybawienie, bo wiedział, że dobrze zrobił i obawy z tym związane były na wyrost. Atilla uważał jednak inaczej. Miał przeczucie, że to dopiero początek.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.